,

O tym jak krótkie praktyki w Niemczech wyzwoliły we mnie chęć zobaczenia świata

poniedziałek, stycznia 30, 2017


Dziś będzie o pewnym zdarzeniu z mojego życia, które można nazwać kamieniem milowym dorciowej historii ;) Od tamtej pory coś się zaczęło, nowa epoka. Przekonałam się, że nie musimy się ograniczać jedynie do własnego podwórka, a świat jest wielki i bardzo ciekawy.

Było to bardzo dawno temu, minęło aż 10 lat! Wiele rzeczy z tamtego czasu pamiętam jak przez mgłę. Zdjęcia z tamtych czasów też nieco jakby zamglone;) Ale ten jeden wyjazd był bardzo szczególny i z sentymentem będę go wspominać.

Mój pierwszy wyjazd za granicę. W ogóle wyjazd dalszy niż tylko do stolicy. Jedna z tych rzeczy, za które jestem bardzo wdzięczna mojej niefortunnie wybranej szkole (technikum gastronomiczne), a tak naprawdę jednej z nauczycielek języka niemieckiego. Jednej z niewielu, dla której zależało na uczniach. Aby coś z nas naprawdę wyrosło...

Zabawna sytuacja, bo styczność z niemieckim po raz pierwszy miałam właśnie w technikum, a dostawałam same piątki (nie wiem, czy zasłużenie, nie sądzę). W jakiś magiczny sposób zdobyłam sympatię i zaufanie nauczycielki, która swoich ulubieńców wysyłała za granicę na praktyki (wygrałam życie?).

Było to tylko 10 dni, a nas siedmioro. Mieliśmy podszkolić język i poznać system pracy w tamtejszej mini szkole. Coś niestety nie wyszło, bo mieliśmy do czynienia tylko z jedną Niemką, która się nami opiekowała. 

Można powiedzieć, że wyjazd był koloniami. Praktycznie podszkoliliśmy umiejętność obierania worka ziemniaków (jednego dnia) oraz mycia naczyń (po kilkunastu osobach, w kilka osób). Tyle nauki;) 

A poza tym jeździliśmy z naszą sympatyczną Niemką po okolicy i zahaczaliśmy kolejne atrakcje, co było naprawdę świetne!

W upalny dzień wylegiwaliśmy się na gorącej plaży w Ueckermünde, byliśmy też w pięknym ZOO, które wywarło na nas duże wrażenie. 


Innego dnia pojechaliśmy zwiedzić zamek w Burg Stargard i pozjeżdżać z letniego toru saneczkowego. 
A w Neubranderburgu pierwszy raz wsiadłam do gokartu.
Innym razem wybraliśmy się na basen z wypasioną zjeżdżalnią. Strasznie nas tam rozpieszczali! :) 


Mieszkaliśmy w niedużej wiosce blisko granicy z Polską, w Rothenklempenow. Było to typowe miejsce na wymiany uczniowskie. Mnóstwo budynków osiemnastowiecznego folwarku zostało przystosowanych do nocowania większych ilości osób. Miejscowość doskonale komponowała się z otaczającą ją przyrodą, więc mieliśmy gdzie spacerować i co podziwiać. Była też dobra miejscówka na wypicie wina poza wiedzą naszej opiekunki ;) A na drugi dzień dostaliśmy opierdziel. Jakoś się dowiedziała i stwierdziła, że to była straszna głupota, bo w okolicy dochodziło do napadów na Polaków. O matko, wtedy serio powiało grozą. I postanowiliśmy już nigdy więcej nie łamać zasad dorosłych (hehe).


Pamiętam też pewną przykrość. Baba w sklepie źle wydała mi resztę, oszustka! Wiedziała, że się nie zorientujemy zbyt szybko. Nie mogłam się jeszcze połapać w innej walucie… No co ja mogłam zrobić, pierwszy raz przytrafiło mi się operować euraskami...

Ostatecznie po tych dziesięciu dniach "praktyk" mogłam z całą pewnością stwierdzić, że Niemcy to fajny kraj! Dobrze zorganizowany naród bardzo dbający o środowisko, świetne drogi (zazdro!), uczciwi obywatele;) Miało się wrażenie, że wszystko chodzi jak w zegarku.

Od tego właśnie momentu zdałam sobie sprawę, że przekroczenie granicy między państwami w ogóle nie jest straszne, nie boli. Jest nawet ekscytujące! Bo przecież od razu za magicznym płotkiem zupełnie zmienia się krajobraz i słońce jakoś inaczej świeci ;)

Też tak uważasz? Jaki był Twój pierwszy raz za granicą?
PS. W Islandii serio słońce świeci inaczej... Jest dużo niżej nad horyzontem, więc praktycznie wypala oczy ;)

MOGĄ CI SIĘ SPODOBAĆ

0 komentarze

Napisz do mnie

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *

INSTAGRAM