,

Rzym – luźne spostrzeżenia o miejscu i ludziach

wtorek, marca 28, 2017


Mnóstwo znajomych ostatnio pyta mnie, jak było w Rzymie. A ja się zastanawiam, od czego zacząć. W sumie to jak można w jednym zdaniu streścić kilka dni bez użycia wulgaryzmu? Bo ani fajnie, ani nawet super, nie oddadzą tego, co uważam i ile myśli kotłuje się wtedy w mojej głowie!

Ale ja będę teraz mądra. Będę im mówiła, żeby sobie przeczytali na blogu! :D Chyba powinnam sobie zamówić wizytówki, czyż nie?

Te pięć dni w mojej podróży poślubnej w Rzymie, najpiękniejszym mieście na świecie (sorry Białystok!), były jak bajka. Nie musiałam nic. Planowanie trasy na następny dzień trwało raz-dwa dzięki Mężowi (polecam! bardzo praktycznie mieć takiego przy sobie), więc pełen relaks... Dokładnie to, czego potrzebowałam!

Postu typowo przewodnikowego, opisującego, gdzie i jak, dziś nie napiszę. Zostawiam to na następny raz, tak na przekór. Nie zawsze musi być praktycznie. Będzie za to trochę obserwacji i przemyśleń. Coś nowego.

Sztuka parkowania

Z racji, że tylko przedostatniego dnia skusiliśmy się na podróż mpkiem (bo moje stopy piekły jak piorun), a wszędzie poruszaliśmy się pieszo, to mieliśmy trochę szans na obserwację miejskiego stylu.

Och co to za styl... Jeśli chodzi o ubieranie się, to jest bardzo schludnie i elegancko, też bym chciała tak dobrze wyglądać za 20 lat! Ale miało być o parkowaniu... No to jest jakiś cyrk na kółkach, którego pojąć nie jestem w stanie. Jak to, że policja lub straż nie chcą sobie podreperować budżetu? Te pieniądze przecież stoją na ulicy!

Auta w Rzymie są parkowane na oślep, dosłownie wszędzie, w każdym możliwym zakamarku, każdej wolnej przestrzeni… W bramach, na chodnikach, trawnikach, wiaduktach, pasach, przejściach… Każdego kolejnego dnia dziwiłam się coraz bardziej! I coraz bardziej mnie ta finezja bawiła. Ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Włosi parkują jak chcą, ale już auto z polską rejestracją szybko namierzyli. Koleś próbował dyskutować, ale nie poszło. I mandacik!

A'propos motoryzacji… Nigdzie nie widziałam tylu Smartów i skuterów. Tutaj auto nie-miejskie naprawdę nie pasowało do krajobrazu stolicy. Zwykły sedan, to taka rzadkość jak u nas Fiat 126p. I jakie to było urocze widzieć tyle aut starszego pokolenia :)



Sztuka obejścia z turystą

Odniosłam wrażenie, że Włosi nie traktują turystów jak chodzące portfele, a jak przyjaciół. Gdzie się nie ruszyliśmy, tam sympatyczne uśmiechy lub zwyczajne grymasy. Ale nie na siłę, tylko tak autentycznie.

Trochę mało profesjonalnie, jak kucharz sobie fajczy przed knajpką, a kelnerka siedzi razem z gośćmi przy stoliku obok. Ale – co mi tam! Fajnie, niech będą naturalni!

I zaskoczyła mnie jedna sytuacja. Jak to Polacy, zakupiliśmy nieco jedzenia w markecie do pokoju. Miałam ochotę zjeść tego wieczora jogurt czy inną zupkę chińską, ale nie mam w sobie dość jawnego chamstwa, aby wynosić sztućce z hotelowej restauracji. Lub odwagi, ewentualnie obojętności. Wymyśliłam za to, że zapytam Pana w sąsiedzkiej lodziarni, czy może by miał na sprzedaż jakąś plastikową łyżeczkę. Chyba widział, jak nam u niego smakowało, więc dał mi za darmo i to cztery, piękne, kolorowe łyżeczki! Aż żal je było wyrzucać później do kosza. Ale postanowiłam już więcej nie zwozić śmieci jako pamiątek z podróży.

Sztuka architektoniczna

Wielkim znawcą nie jestem i w sumie to nigdy mnie nie interesowały zabytki, bo zakochana jestem w naturalnym pięknie świata, ale tutaj zmieniłam zdanie. I z każdym krokiem coraz szerzej otwierałam oczy na dzieła ludzi...

Styl rzymski, tak skrzętnie omawiany w szkole, znany z podręczników, w sumie dość mi obojętny, teraz był na wyciągnięcie ręki. O locie na księżyc też się uczyliśmy, i o innych planetach. To wszystko wydawało mi się tak samo odległe i nieosiągalne. Byłam małą ignorantką, nie sądziłam, że w przyszłości mi się zechce podróżować...

Kamień, cegła, bogate zdobienia (sprzyjające oczopląsowi), ciasne uliczki i zabytek przy zabytku – to jest to, co pobudza wyobraźnię. Przecież to stoi w takiej samej formie od wielu setek lat! Przede mną na to samo patrzyły tysiące (jak nie miliony) ludzi. I obstawiam, że na każdym robiło naprawdę duże wrażenie.


Sztuka transportu

Tu moja nikła cierpliwość została wystawiona na ogromną próbę. Kto to widział, aby w kolejce do autobusu czekać, jak kiedyś po dostawę mięsa (pozdrawiam mamę)...

Po wylądowaniu (na Ciampino) zdecydowaliśmy się na złapanie busa do stolicy. Taxi kosztuje 40 euro, a bus 5 euro. Oj było trzeba wcześniej zakupić bilet online! Pierwszeństwo wejścia miały osoby z wykupionymi biletami. W sumie trzy linie jeździły do stolicy, a kolejki były długie na jakieś 60 osób. I co chwila do kolejek dołączały nowe grupki.

Nie jest łatwo się wcisnąć i kupić przejazd u kanara. Na jeden kurs było tylko kilka wolnych miejsc, a rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Ale mieliśmy czas, mogliśmy poczekać. Pogoda była cudowna – przecież wyjechaliśmy z polskiej zimy do włoskiej wiosny.

Gorzej sprawa się miała z wyjazdem ze stolicy. Kolejki były makabryczne, a my znowu nie mieliśmy biletów (a już-już miałam dzień wcześniej kliknąć KUP BILET), więc znowu czekało nas stanie w tłumach. Ale to już było bardziej stresujące, bo za dwie godziny był wylot! W panice zdecydowaliśmy się na taksówkę, ale tego dnia taksówkarzom zachciało się strajkować.

Udało nam się załapać na busa jedynie dzięki sprytnej sztuczce Męża - w sytuacji beznadziejnej mówił, że jestem w ciąży, co delikatnie już było widać. Polecam trik też osobom walczącym ze wzdęciami ;) Uff…


Sztuka kulinarna

Myśląc o Włoszech w mojej głowie powstała lista rzeczy, które muszę spróbować. No przecież kraj słynie ze wspaniałej kuchni! I takim sposobem napaliłam się na:

  • prawdziwą włoską pizzę – taką na cienkim cieście z niewielką ilością dodatków, oliwą i świeżymi dodatkami,
  • prawdziwe włoskie lody – domowej roboty, naturalne smaki, podobno nie ma lepszych na całej Ziemi ,
  • prawdziwą włoską kawę – pachnącą, intensywną, nie podrabianą,
  • prawdziwy włoski makaron – na punkcie wariacji makaronowych mam ostatnio hopla i mogę je jeść w każdej postaci, rurki, muszelki, nitki, wstążki...

Moje oczekiwania chyba zbyt mocno przerosły rzeczywistość, bo kilkukrotnie się zawiodłam... Pizza mi nie smakowała – jednak wolę grubsze ciasto, dużo dodatków i sos czosnkowy. Za kawą nigdy nie przepadałam i ta nie zrobiła mi jakiejś szczególnej różnicy. Makaron okazał się nie taki, jakiego się spodziewałam,bo mało dodatków, za mało mięsa.

Ale, jak zapewne się domyślacie, desery skradły moje serce! Kolega polecił mi lodziarnię Giolitti, która uchodzi za najlepszą w całym Rzymie. Rzeczywiście musi być bardzo popularna, bo mimo dość skrytej lokalizacji, było w niej mnóstwo osób! Za jedyne 2,5 euro dostaliśmy dwie porcje dowolnych smaków (łopaty dosłownie), od których wyboru można oszaleć. Dzięki, Maćku! Polecam dalej.

Na kolejny deser skusiłam się w hotelowej restauracji (cudowny Hotel Twenty One znaleziony dzięki serwisowi Agoda.com - nie ma lepszej wyszukiwarki hotelowej!).Tak apetycznie wyglądały te wszystkie dania, że musiałam spróbować Prawdziwej Włoskiej panna cotty (deser śmietankowy) – to dopiero szaleństwo! Prawdziwa rozkosz zmysłów, niebo dla języka...

Jak cudownie było sobie wspomnieć znowu ten fajny czas. Całe szczęście, że u nas też już wiosennie, słonecznie i coraz cieplej. W rzymskim parku tak pięknie brzmiały trele ptaszków, a teraz mogę ich słuchać na swoim podwórku. I tyle wystarczy, aby poczuć się jak w Ogrodach Borghese :)

A Tobie co przypomina najlepsze chwile ostatnich miesięcy? 

Ściskam!

MOGĄ CI SIĘ SPODOBAĆ

0 komentarze

Napisz do mnie

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *

INSTAGRAM